Przedmioty niesprawiające radości – życie byłoby łatwiejsze, gdyby można było całkowicie wyeliminować je z naszego otoczenia. I choć sam chętnie pozbyłbym się wszystkich, to kilka z nich cały czas przechowuję w swoim domu.

Dziś opowiem Wam o trzech z nich. Podzielę się również argumentacją, dlaczego je posiadam oraz w jaki sposób podchodzę do ich obecności i kwestii funkcjonalności.

Odkurzacz

Niekwestionowany król w kategorii „przedmioty niesprawiające radości których nie można się pozbyć”. Model który mam jest niestandardowy, gdyż opiera się na czyszczeniu wodnym. Niby fajna sprawa, zwłaszcza gdy ma się liniejącego psa.

Jakieś minusy? Owszem, sporo. Jest duży, nieporęczny i długo się go montuje, gdyż posiada kilka części które trzeba połączyć ze sobą, aby mógł zacząć pracować. Nie ma mowy aby wyciągnąć go na minutę i szybko wciągnąć rozsypaną kawę. Albo go wyjmę, złożę, napełnię wodą, a po zakończeniu pracy opróżnię i wyczyszczę, albo nie wciągnę ani okruszka. Ta inwestycja czasowa sprawia, że nie czuję radości z posiadania tego przedmiotu.

Z czego czuję radość, to funkcjonalność którą zapewnia. Gdy już go wyjmę, złożę i napełnię, to wiem, że dom będzie solidnie wysprzątany – porządnie wciąga sierść i kurz.

W przypadku tak ewidentnie utylitarystycznego przedmiotu jakim jest odkurzacz, nie mamy w zasadzie wielkiego wyboru. Albo zaakceptujemy go i spróbujemy poczuć wdzięczność za efekt, który zapewnia jego posiadanie, albo zrezygnujemy z odkurzania. To o czym możemy zdecydować to model. Następnym razem pójdę raczej w coś mniej przemysłowego, a bardziej podręcznego. ☺

Klapki basenowe

Są tanie, plastikowe i wyglądają… paskudnie, nie oszukujmy się. Posiadam je zapewne od kilkunastu lat. Zabrałem je ze starego mieszkania i – ale to tylko między nami – nie mam nawet pojęcia, czy oryginalnie należały do mnie, czy czasem sobie ich nie przywłaszczyłem.

Nie przepadam również za ich… ehkm, „walorami” estetycznymi. To po prostu najzwyklejsze klapki za 20zł. Gdy się w końcu zniszczą, na pewno wymienię je na dużo ładniejsze, może takie lekko masujące stopę. Problem w tym, że obecne zostały stworzone aby przetrwać wojnę nuklearną i musiałbym chyba chodzić na basen 2 razy dziennie (a nie tygodniowo) żeby pojawiło się na nich choćby zadrapanie. ☺

Mimo to, podobnie jak z odkurzaczem, akceptuję je, gdyż swoją użytecznością przebijają wszystkie obiekcje natury estetycznej. Dodatkowo, nie potrafię uzasadnić zakupu nowych gdy stare jeszcze spełniają swoją funkcję. Może gdyby był to przedmiot eksponowany i widoczny na co dzień, aspekt estetyczny by przeważył, ale to w końcu tylko klapki których używam dwa razy w tygodniu na basenie. Za co zresztą, wzorem Marie Kondo, jestem im wdzięczny.

Pilot do wieży

Szczerze powiedziawszy – nie wiem, po co go trzymam. Zarówno w poprzednim mieszkaniu, jak i w obecnym, wieża stoi w centralnym punkcie pokoju. Łatwo więc po prostu podejść do niej i wyregulować głośność pokrętłem. Ponieważ muzyka idzie bezpośrednio z komputera, cała reszta przycisków na pilocie – służących do zmiany utworu, stacji radiowej, itp – jest bezużyteczna.

Z jednej strony wchodzi w grę aspekt użytecznościowy… gdyż pilot po prostu działa i natura ludzka buntuje się przeciwko wyrzucaniu czegoś, co spełnia swoją podstawową funkcję. Czuję, że jest tu też sporo przechowywania „bo a nuż kiedyś się przyda”. Doskonale wiem, że przez ostatnie 10 lat użyłem go może ze 3 razy. A i to tylko dlatego, że akurat robiłem przegląd zawartości szuflady i przypomniało mi się, że go posiadam.

Po tej krótkiej refleksji, stwierdzam, że nie ma powodu aby go dalej trzymać. Jak tylko skończę pisać ten wpis, pożegnam się z nim i podziękuję mu za wszystkie lata podczas których gotowy był aby mi służyć.

Rezultat: 2 przedmioty zostają, 1 wylatuje

Szczerze mówiąc, nie spodziewałem się, że ten krótki wpis zakończy się pozbyciem się któregoś z przedmiotów o których zdecydowałem się napisać.

Jak widać, każdemu zdarza się posiadać coś. cp nie sprawia mu radości i czego tak naprawdę wcale nie potrzebuje. Pilot od wieży, o którym zapomniałem, że istnieje, to świetny przykład przedmiotu który trzymamy tylko i wyłącznie dzięki sile przyzwyczajenia.

Jeżeli nasz dom ma być przestrzenią, która sprawia radość, a nie magazynem na nieużywane rupiecie, to zgodnie z zaleceniami metody KonMari, należy takim przedmiotom podziękować za służbę i pozbyć się ich z otoczenia. Do czego i ja również bardzo zachęcam!

Oby przedmioty niesprawiające radości były dla Was użyteczne!

P.S. A jeżeli szukacie praktycznych rad co zrobić z ubraniami które już Was nie cieszą, to zapraszam do wpisu Ubrania – co z tymi, które nie sprawiają radości?.