Koszty utopione – przeszkoda w pozbywaniu się

Dzisiejszy wpis jest dość osobisty, bo z kwestią utopionych kosztów zmagam się również ja. I na nic zdaje się wiedza, w czym tkwi mój problem. „Utopienie” kosztów to pojęcie z zakresu ekonomii, które oznacza ni mniej ni więcej to, że po zainwestowaniu, nie da się ich odzyskać. Inwestując, wkładamy środki, licząc na wyciągnięcie zysku – proste. Ale co, gdy zysku nie ma? Wtedy albo podejmujemy racjonalną decyzję o wycofaniu się z inwestycji, albo brniemy w nią dalej, często wyłącznie emocjonalnie. Wierzymy, że kiedyś się zwróci.

Jak ma się to do życia codziennego? Dokładnie tak samo, jak do biznesu.

Każdy z nas inwestuje w coś swoje pieniądze i wolny czas. Obojętnie czy czy będzie to granie na komputerze, nauka języka obcego, a nawet wychowywanie dziecka. O ile pieniądze da się jeszcze czasem odzyskać – np. możemy sprzedać swoją kolekcję butów albo wypasione konto w grze online, to wolnego czasu nie odzyskamy już nigdy. Puff, przepadł.

Co to ma wspólnego z porządkowaniem? Wracam tutaj do podstawowego u KonMari posiadania jedynie tych rzeczy które sprawiają radość – kluczowego kryterium rozróżniającego, które przedmioty zostawiamy, a których się pozbywamy (więcej w moim wpisie o sprawianiu radości).

Koszty utopione to jeden z czynników które mogą skutecznie przeszkodzić w pozbywaniu się przedmiotów nieprzynoszących radości. Bo jak tu wyrzucić coś,  w zdobycie czego zaangażowaliśmy się nie dość, że finansowo i czasowo, to jeszcze często emocjonalnie?

  • Jak zrezygnować z grania w grę online, na którą poświęciliśmy już setki godzin i trochę pieniędzy?
  • Jak sprzedać samochód, na którego liczne naprawy poświęciliśmy tysiące złotych i – choć nadal musimy go naprawiać – jeszcze jeździ?
  • Jak rozwiązać zupełnie nieopłacalną umowę z operatorem telefonu, gdy płaciliśmy abonament już połowę okresu trwania, a kara umowna jest dość wysoka?
  • Jak pozbyć się kosztownej zastawy, która przechodzi w rodzinie z rąk do rąk każdego pokolenia, ale która zupełnie nie pasuje do naszej koncepcji urządzenia własnego domu?
  • Jak odłożyć na bok mało interesującą książkę, gdy niespecjalnie mamy ochotę ją czytać, ale już ponad 200 stron za nami?
  • Jak przestać oglądać nudny serial, gdy obejrzeliśmy już 3 sezony, choć tak naprawdę wcale nas nie zajmuje?

A w moim przypadku: jak pozbyć się gitary, na której wiem, że najprawdopodobniej nigdy nie nauczę się grać, ale mimo wszystko trzymam ją w szafie z irracjonalną nadzieją, że jednak to zrobię?

Chciałbym móc w 100% zastosować się do zaleceń Marie Kondo, która radziłaby usunąć ten przedmiot z życia. Nie przynosi mi radości, a wręcz przeciwnie – za każdym razem gdy ją widzę, przypominam sobie tylko, że chciałem się za to zabrać, ale nie starczyło… chęci, przede wszystkim. Z jednej strony, przyznaję się do osobistej porażki, ale z drugiej – ciągle tli się we mnie nadzieja, że może wreszcie zrobię coś w tym kierunku.

W moim przypadku koszty utopione to:

  1. Pieniądze – wydane na zakup gitary, mógłbym je częściowo odzyskać odsprzedając ją.
  2. Czas – robiłem już kilka podejść do nauki gry (wyłącznie samodzielnych), ale zawsze w którymś momencie odpuszczałem.
  3. Zaangażowanie emocjonalne – bardzo ciężko przyznać się przed samym sobą do porażki.

Co w tej sytuacji? Sprzedać ją na Allegro? Podarować znajomemu który mógłby być zainteresowany aby nauczyć się grać? Zebrać się w sobie i zapisać się na jakiś kurs nauki gry albo lekcje prywatne? Nie chcę, żeby sprawiała mi przykrość przypominając o swojej obecności, na pewno lepszy los czekałby ją w rękach kogoś kto korzystałby z niej na co dzień.

O ile zwykle zostawiam Was z jakąś konkluzją, tym razem jej nie będzie. Podobnie jak wiele osób starających się uporządkować swoje życie (czy to zgodnie z metodą KonMari, czy inaczej) – czasami bywa trudno. Oczywiście najprostszym rozwiązaniem byłoby po prostu zostawić gitarę w szafie, tam gdzie jest. Na kolejne pół roku, albo rok. I nie zaprzątać sobie nią głowy. Wiem jednak, że aby mieć spokój ducha na co dzień, muszę zmierzyć się z tym problemem, zamiatać go pod dywan. Sprawa jest rozwojowa. W ten czy inny sposób poradzę sobie z nią w ciągu najbliższych kilku tygodni. A o rozwiązaniu poinformuję Was  w jednym z kolejnych wpisów. ☺

Powodzenia w walce z własnymi kosztami utopionymi!

Podziel się tym wpisem!
Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Share on LinkedInEmail this to someone

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *