spodnie-miarka

Mam jedną parę spodni (i nie przeszkadza mi to)

Prowadzenie bloga o sprzątaniu wcale nie oznacza, że moje własne życie jest w 100% uporządkowane. Dzisiaj o minimalizowaniu i chodzeniu w damskich spodniach.

Zaczęło się od odchudzania. Zapewne większość z Was – a przynajmniej tych nieutrzymujących na stałe idealnej wagi i chcących zmienić ją na plus czy minus – zetknęło się z problemem za małych, bądź za dużych ciuchów. Z jednej strony, zajmują cenne miejsce w szafie. Z drugiej, żal się ich pozbyć, bo a nuż przydadzą się, gdy już dobijemy do naszej wymarzonej wagi.

Moim zdaniem – nie warto ich zatrzymywać, a chodzenie nawet w jednej parze spodni może przynieść nam nieoczekiwane korzyści.

Zarówno w Magii sprzątania, jak i licznych wywiadach, Marie Kondo często wspomina, że uporządkowanie przestrzeni fizycznej prowadzi także do uporządkowania przestrzeni mentalnej. Zmiana pracy, myślenia o swojej przyszłości, zmiany w związkach, utrata wagi – to przykłady, które KonMari zauważyła u swoich klientów, po przeprowadzeniu u nich maratonu sprzątania. Dzięki holistycznemu podejściu po uporządkowaniu mieszkań, klienci Marie inaczej patrzą na pozostałe aspekty życia.

Podobnie było ze mną. Choć ubrań z zasady mam mało, to konmarizowanie (albo nawet bardziej: minimalizowanie) szczególnie odbiło się na spodniach. Miałem ledwo trzy pary, a żadna nie sprawiała wiele radości.

Były to:

  1. Dżinsy – z powodu postępującej (planowej) utraty wagi, z miesiąca na miesiąc coraz luźniejsze w pasie. Radość sprawia mi właściwie tylko fakt, że dzięki nim mam w czym wyjść z domu – podejście czysto pragmatyczne.
  2. Sztruksy zimowe – kupione lata temu, gdy byłem trochę okrąglejszy niż dziś. Każdej zimy obiecywałem sobie, że wreszcie się ich pozbędę. Co zresztą niedawno uczyniłem, podziękowawszy im za długoletnią służbę.
  3. Dres do chodzenia po domu. Mechaty, brzydki – typowy ciuch „do domu”, którego postanowiłem się pozbyć, zgodnie z podejściem, że w domu również powinniśmy ubierać się jeśli nie elegancko, to przynajmniej ładnie i wygodnie.

Zgodnie z filozofią otaczania się wyłącznie przedmiotami sprawiającymi radość, postanowiłem pozbyć się par nr 2 i 3, z zamiarem nabycia dla nich zamienników pasujących do nowej figury i sprawiających radość.

Dochodzimy teraz do „problemu” który wypłynął w ostatni weekend. Po sobotnim spacerze z psem, w którego skład wchodziło chodzenie po mokrym lesie, kopanie razem z nim w ziemi i błocie oraz kibicowanie znajomym biegaczkom, spodnie wymagały natychmiastowego prania. Jak łatwo wykalkulować, zostałem literalnie bez portek. ☺

Zdawać by się mogło, że problem. Ale niekoniecznie.

Oczywiście – gdybym musiał, pobiegłbym do Tesco w tych pół-mokrych (albo potraktowanych suszarką) dżinsach i kupił nową parę. W dzisiejszych czasach, gdy sklepowe półki pękają od nadmiaru towarów, kupno czegokolwiek od ręki nie jest problemem (a przynajmniej dopóki nie zacznie obowiązywać zapowiadany zakaz handlu w niedzielę). Dlatego nie widzę konieczności by kupować ubrania na przyszłość, gdy w perspektywie widać utratę kilogramów. Wychodzę z założenia, że na nowe ciuchy zasłużę dopiero, gdy schudnę – dzięki czemu mam dodatkową motywację do odłożenia na bok piwa i pizzy.

Z pomocą przyszła Druga Połówka, która pożyczyła mi jedną ze swoich par – wygodne, materiałowe spodnie. Model, co prawda, kobiecy, ale najwyraźniej na tyle uniwersalny, że dotychczas nikt nie skomentował mojej kreacji. Zakupu tego typu spodni nie rozważałem wcześniej, zawsze wydawało mi się, że jeansy są bardziej w moim stylu. Dzięki pozornemu „problemowi”, uświadomiłem sobie, że istnieje ciekawa alternatywa dla moich dotychczasowych przyzwyczajeń, z której nie zdałbym sobie sprawy gdyby nie konieczność.

Za chwilę wypłata i pewnie kupię wreszcie te 2-3 pary, tym bardziej, że powoli dobijam do docelowej wagi, którą chciałbym odtąd utrzymywać na stałe. Doświadczenie posiadania jednej pary spodni było jednak dla mnie bardzo pouczające i, choć dla wielu z Was będzie to pewnie przykład skrajnego minimalizmu, pozwoliło mi lepiej poznać swoje potrzeby.

Zalety mojego podejścia (nazwijmy je konmaristyczno-minimalistycznym):

  • szafa pełna wyłącznie ubrań, które sprawiają mi radość;
  • dokładna świadomość własnych potrzeb;
  • oszczędność pieniędzy, dzięki niekupowaniu ubrań na zapas;
  • oszczędność miejsca w domu, który służy do mieszkania, a nie bycia magazynem;
  • brak poczucia winy z powodu braku postępów w zrzucaniu wagi, o czym przypominałyby za małe ubrania;
  • motywacja do zakupu nowych ubrań gdy wreszcie osiągnę pożądaną wagę.

Oczywiście, nie twierdzę, że minimalizm, to podejście dla każdego. Warto jednak spróbować ograniczyć się trochę, aby odkryć, że mniej często znaczy: więcej.

Podziel się tym wpisem!
Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Share on LinkedInEmail this to someone

2 myśli nt. „Mam jedną parę spodni (i nie przeszkadza mi to)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *